Autostopem w stronę przygód!

Wszystko zaczęło się od snu na jawie, od chęci spełnienia egzotycznych marzeń, przeżycia niezapomnianych chwil, podróży po najciekawszych miejscach na świecie. Jednak szybko powróciłam do okrutnej rzeczywistości… Jak pojechać tu i tam, dobrze się bawić i srodze się nie zadłużyć? Wtedy mój znajomy, Kuba, zaproponował, abyśmy wybrali się do Grecji autostopem.

„To świetny pomysł – mówił. – Jazda za darmo, gdzie tylko chcesz i czeka cię masa przygód, o jakich ci się nie śniło!”. Nie byłam przychylna tej idei, przecież to takie niebezpieczne! Przecież kierowcą może być każdy! Jak można zaufać całkiem obcej osobie, której powierzamy swój los na bliżej nieokreślony czas jazdy?

Raz kozie śmierć!

Oj, bałam się, i to jak! Ale dzisiaj niczego nie żałuję. Podzieliliśmy się na pary, było nas 10 osób, trzy dziewczyny i siedmiu chłopaków. Każda dziewczyna miała jednego ochroniarza przy sobie, żeby było bezpiecznie. Miejscowością startową był Wrocław. Wcześniej znaleźliśmy portal, na którym różni ludzie ogłaszają, że poszukują kierowcy albo autostopowicza (dla towarzystwa). Mieliśmy więc sprawę ułatwioną, bo nie musieliśmy czekać przy drodze z uniesionym palcem do góry, z nadzieją, że coś w końcu przyjedzie. Pierwszą miejscowością docelową był Nowy Targ. Stamtąd część z nas pojechała bezpośrednio do Salonik, z jednym kierowcą. Reszta natomiast musiała kilka razy zmieniać pojazdy. Umowa była taka, że wszyscy spotykamy się w Salonikach w ciągu kilku dni.

Do Nowego Targu jechałam z kolegą, który namówił mnie na zorganizowanie akcji, oraz dwoma innymi chłopcami z grupy. Na początku było niezręcznie, dziwnie wręcz, wciąż miałam obawy co do naszego kierowcy, ale chłopcy się nie przejmowali, a nawet świetnie się bawili. Miałam jednak jakieś złe przeczucie, że coś jest nie tak, ale przez całą drogę do Nowego Targu nic się nie działo.

Szokujące, acz nie nieprzewidziane

Dopiero przy wysiadaniu kierowca oznajmił nam, że mamy mu zapłacić za transport, o czym rzecz jasna nie było mowy wcześniej, po czym zamknął na zamek drzwi samochodu. Sytuacja nie była miła, bo nie mieliśmy aż tylu pieniędzy, nie byliśmy na to przygotowani, a mężczyzna był bardzo stanowczy. Zastanawiałam się, co mógłby nam zrobić – przecież nas było czworo, w tym trzech silnych chłopaków, a on sam. Jednak nikt nie myślał o bójce z facetem, który przez kilka godzin jazdy wydawał się być jednym z nas. Nie mogliśmy mu ustąpić – gdybyśmy dali mu pieniądze, nie moglibyśmy jechać dalej. Powiedziałam, że nie takie były zasady, że zależało mu ponoć tylko na towarzystwie, że jest oszustem i naciągaczem, i że nie ma prawa wymagać od nad zapłaty za transport. Krzyczałam, byłam sfrustrowana i poirytowana. Mężczyzna był chyba zaskoczony gwałtownością mojej reakcji, więc wykorzystując chwilę jego nieuwagi, sięgnęłam do guzika przy jego oknie, otwierającego drzwi. Chłopcy szybko zabrali plecaki, a ja zostawiłam mu kanapki i sok w ramach zapłaty za podwózkę.

Grunt to bezpieczeństwo

Byłam w szoku. Oczywiście pomysłodawcy całej wycieczki grubo się za to zebrało. „Przecież mógł mieć nóż, mógł nas pobić, okraść, a mi mógł zrobić jeszcze większą krzywdę!” – krzyczałam. Zapowiedziałam, że nigdzie dalej nie jadę, że to zbyt niebezpieczne i że nie można ufać ludziom. Wtedy Kuba pokazał mi, co ma w plecaku i odparł: „Myślałaś, że damy komuś zrobić ci krzywdę?”. Zajrzałam i zobaczyłam kilka sztuk gazu łzawiącego w sprayu, paralizator i scyzoryk. Każdy z nich miał podobne wyposażenie, ale żaden nic wcześniej nie powiedział, bo po co „zbędna panika”. Zaskoczyła mnie ich odpowiedzialność i troska. Poczułam się nieco lepiej i po smacznym obiedzie w taniej jadłodajni czekałam już z moimi ochroniarzami na kolejny transport. Kilka godzin później przyjechał duży, czarny samochód. Wysiadł z niego potężny mężczyzna w dresie („Bartuś”), w srebrnych okularach i złotym łańcuchem na szyi. Podszedł do nas i zapytał, czy to my się z nim zabieramy do Grecji. „Nie ma mowy” – pomyślałam i mówię do Kuby: „Mam wsiąść do samochodu z jakimś dresiarzem, którego ramiona są wielkości mojego pośladka i jechać nim przez prawie dwa dni? Oszalałeś!”. Facet był wielki. Nie dalibyśmy mu rady. Zauważył, że mam jakieś wątpliwości i że patrzę na niego wrogo, więc podszedł do mnie i powiedział: „Cześć, jestem Bartuś. Możesz siedzieć z tyłu jak chcesz, tam jest wygodniej” – i uśmiechnął się. Zaskoczył mnie jego uprzejmy ton. Zyskał tym moje minimalne zaufanie, mimo że chłopcy padali ze śmiechu, usłyszawszy jego wypowiedź. Tak zwany Bartuś pomógł nam się zapakować i wsiedliśmy do tego groźnie wyglądającego samochodu.


Autor: Sandra Madej