Bawiąc uczyć, ucząc bawić

Do Częstochowy, do Warszawy, do Krakowa, do Liberca czy do Frankfurtu – to szmat drogi! A co za tym idzie, kilka dłużących się godzin w niezbyt komfortowych warunkach. Jak więc sprawić, by były one bardziej przyjazne dla naszych pociech?

Pamiętam, jak wraz z bratem mieliśmy po 4–6 lat, a nasi rodzice często zabierali nas w podróże po Polsce czy niektórych krajach Europy. Wiązało się to z kilkugodzinnym cierpliwym siedzeniem w jednej pozycji, co dla dzieci w tym wieku jest trudne, a właściwie niewykonalne. Jednak moja mama znalazła na nas sposób.

Sposób na urwisy

Też byliśmy rozbrykani, jak wszystkie inne dzieci, ale rodzice zdawali sobie sprawę, że muszą wymyślić coś, żeby nas zająć w czasie jazdy samochodem. W innym razie my nie wytrzymalibyśmy nudy, a oni naszych jęków i narzekań. Mama nauczyła nas śpiewać różne piosenki – o stokrotce, o kolonii, o Zuzi i mydełku pachnącym oraz mnóstwo innych, które pamiętam do dziś. Cała zabawa polegała na tym, że śpiewali wszyscy pasażerowie. Umilało to w niesamowity sposób całą podróż, wspólne śpiewanie było lepsze niż radio!

W okresie świątecznym robiliśmy zawody, kto zna najwięcej zwrotek polskich kolęd. Opowiadaliśmy sobie bajki i historie wigilijne, które mama czytała nam zazwyczaj do snu. Urządzała też różne konkursy, np. kto naliczy więcej niebieskich i czerwonych samochodów, kto ładnie powie wierszyk, którego uczył się w szkole i wreszcie – gdy była już zmęczona – kto dłużej wytrzyma bez odzywania się („Cicho na sali, bałwan śpi, kto się odezwie będzie nim!”).

Spokój gwarantowany

Tata prowadził w spokoju, a mama zabawiała nas i wymyślała najprzeróżniejsze zadania, które pochłaniały nas na tyle, że szkoda nam było wysiadać z samochodu po dotarciu na miejsce. Z chwilą, gdy stawaliśmy się coraz starsi, skończyły się szkolne wierszyki i liczenie samochodów, a nadeszła era opowiadania dowcipów i grania w karty. Ale śpiewanie w samochodzie przetrwało, stając się swojego rodzaju tradycją. Czasem też zabieraliśmy w drogę gry planszowe, takie jak chińczyk i monopol, do tego bierki, książki, komiksy, puzzle, resoraki itp. Najbardziej jednak zajmowała nas gra na gameboyu. To drobne urządzenie posiadało kilkadziesiąt rodzajów gier i zadań umysłowych, którym oddawaliśmy całą swoją uwagę. Tak, jakbyśmy zapomnieli, że siedzimy w samochodzie, a nie w swoim pokoju, gdzie możemy się swobodnie bawić. Dzięki atmosferze gier i zabaw, jaką stworzyła mama, przenieśliśmy nasz świat wyobraźni na kanapy pojazdu. Umożliwiło to rodzicom spokojną podróż, bez problemów z dziećmi, bez bólu głowy od ich wrzasków i płaczu.

Co z tego mają dzieci?

My też odnieśliśmy pewne korzyści z tych zabaw. Mama nauczyła nas liczyć, rozróżniać kolory, śpiewać i wyćwiczyła naszą pamięć. Przepytywała nas z tabliczki mnożenia, alfabetu czy angielskich słówek poznanych w szkole. Wszystko to miało wpływ na nasz rozwój, mimo że nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Jestem wdzięczna rodzicom za to, że podjęli trud urozmaicania nam czasu jazdy. Gdyby nie to, miałabym do dziś traumę nieszczęśliwego dzieciństwa, z którego większość spędziłam z rodziną na podróżowaniu samochodem. Z doświadczenia wiem, że najgorsze, co może spotkać dziecko w wieku przedszkolnym, a więc w momencie, kiedy ma najwięcej szalonych pomysłów w głowie, to kilkugodzinna nuda. Długi brak aktywności dla takich brzdąców jest jak uciążliwa potrzeba fizjologiczna.