Rowerowa wyprawa po Afryce

Słodko-gorzka wyprawa po Etiopii, pokazała, że nie zawsze piękne miejsca witają przybyszów serdecznie. Jednak każda podróż uczy czegoś nowego i pokazuje jak, radzić sobie w tych najtrudniejszych sytuacjach. O swojej rowerowej przygodzie w Afryce opowiada Marta Kałamajska ze Stowarzyszenia Welocypedy.pl.

Grupa ze stowarzyszenia Welocypedy.pl, jest w trakcie realizowania marzenia swojego życia, jakim jest podróż rowerem przez Afrykę, od Egiptu po RPA. Mężczyźni zaczęli swoją przygodę w Kairze, później odwiedzili Botswanę. Przejechali Egipt, Sudan, Etiopię, Kenię i Zambię. Wkrótce potem dotarli do RPA. „Ja wraz z Jackiem oraz Krzyśkiem vel Radosnym Smokiem wybraliśmy się na jeden odcinek afrykańskiej podróży – do Etiopii. Zapraszam wszystkich na stronę Stowarzyszenia Welocypedy.pl oraz na bloga Czapli: roweremprzezafryke.blox.pl” – zachęca Marta Kałamajska.

Zafascynowani Etiopią

Zapytana, dlaczego na rowerową podróż wybrali właśnie Etiopię, Marta odpowiada: „Któregoś razu, przeglądając gazetę „National Geographic”, zobaczyłam zdjęcia z Etiopii, które wzbudziły moją ciekawość. Niesamowite chrześcijańskie kościoły, wykute w litej skale, miejsce spoczynku legendarnej Arki Przymierza, kolebka kawy, ojczyzna Cesarza z reportażu Kapuścińskiego, pramatka człowieka Lucy – można wymieniać i wymieniać, a powodów przybywa. Pomyślałam sobie, że kraj, który jako jedyny w Afryce, nigdy nie został skolonizowany, a chrześcijaństwo przyjął w IV wieku n.e., kiedy tereny obecnej Polski były jeszcze przez długie stulecia barbarzyńskie, musi być wyjątkowy”. Marta, nie zwlekając, kupiła album ze zdjęciami z Etiopii, kolejne książki i publikacje, była też na spotkaniu z autorem książki o Etiopii. Zapał rósł. Jeśli chodzi o środek transportu, wybór był oczywisty. „Nie ma lepszego środka podróżowania niż rower. Pozwala się przemieszczać na tyle szybko, żeby przejechać zaplanowany odcinek, a jednocześnie na tyle wolno, żeby podziwiać te wszystkie walory, niedostępne zza szyby klimatyzowanego busa” – przekonuje Marta. Trójka znajomych zdołała wyrwać się z pracy zaledwie na miesiąc. „Cały styczeń. A był to miesiąc nie lada! – opowiada rowerzystka. – Obfitował w liczne święta: etiopskie Boże Narodzenie, czyli Ganna, obchodzone trochę jak w prawosławiu, najbarwniejsze etiopskie święto, czyli Timkat – na pamiątkę chrztu Chrystusa. W styczniu przyszło nam też świętować urodziny Arona, a potem Czapli”.

Przygotowanie do wyjazdu

Cała trasa, wiodąca przez Afrykę, została ustalona na długo przed wyjazdem. Męska część ekipy poświęciła mnóstwo czasu na poznanie map Googla, kawałek po kawałku, czytaniu relacji, książek i publikacji, oglądaniu filmów. „Z rozrzewnieniem wspominam, jak Aron z Czaplą cały pokój wyłożyli wydrukowanymi mapami, a jak zabrakło miejsca na podłodze, robiłam za ruchomą tablicę” – śmieje się Marta. Wydrukowane i ofoliowane przez Arona mapy całej trasy ważyły, bagatela, 10 kg. Jeżeli chodzi o odcinek etiopski, większość rzeczy również była ustalona i załatwiona już w Polsce, np. cały program etapu off-road.

„Przygotowywałam się głównie merytorycznie, poprzez gromadzenie wiedzy o kulturze, społeczeństwie i geografii. Trening fizyczny, trochę zaniedbałam, ze względu na zimową porę. Trochę biegałam, chodziłam na warsztaty rozciągające. Wszystko jednak za mało!” – przyznaje Marta. Podróż została podzielona na trzy odcinki: trekking w górach Simien, odcinek rowerowy w górzystym rejonie Tigray, na północy Etiopii, oraz off-road jeepem na południu i wizyty u dzikich plemion. Jak mówi Marta, każda część podróży obfitowała w innego typu wrażenia.

Wyruszamy w niezapomnianą podróż

Podróż po kontynencie rozpoczęli od stolicy Etiopii, Addis Abeby. Tam od razu przesiedli się na lot wewnętrzny do Gonderu. „Stamtąd to już rzut beretem do gór Simien, gdzie rozpoczynaliśmy trekking. Z resztą grupy Welocypedy.pl, spotkaliśmy się na lotnisku w Gonderze. Uściskom i serdecznościom nie było końca, zwłaszcza, że przywieźliśmy dla chłopaków prezenty od rodzin i resztki ze świątecznych stołów” – wspomina podróżniczka.

Odcinek rowerowy rozpoczął się w mieście antycznych stelli i Arki Przymierza – Aksum. Tam też rowerzyści obchodzili etiopskie Boże Narodzenie, które Marta określa jako niezwykłe przeżycie. Droga prowadziła przez region Tigray, który słynie z chrześcijańskich kościołów wykutych w skale. „Odwiedziliśmy raptem kilka kościołów, spośród grubo ponad stu, rozsianych w całym regionie. Dojechaliśmy na rowerach do Wukro, a dalej busem do Lalibeli, skąd mieliśmy samolot do Addis Abeby” – opowiada Marta.

Rowerowy dzień

Rano, pierwsi wstający gotowali wodę na kuchenkach. Potem wstawała reszta grupy i robiła śniadanie – każdy zgodnie ze swoimi upodobaniami. Po śniadaniu wyruszali w drogę. Dystans dzienny zależał od ukształtowania terenu. Na ogół dziennie przejeżdżali około 40 km, co przy przewyższeniach i dodatkowym zwiedzaniu nie było złym rezultatem. „W ciągu dnia robiliśmy postoje, często pokrywające się ze zwiedzaniem kościołów wykutych w skale. Do niektórych, takich kościółków dojście trwało dwie godziny, niekiedy trzeba było się wspinać” – mówi Marta. Kiedy zgłodnieli, szukali restauracji, czym często mieli dużo problemów. W mniejszych wioskach na ogół nie było żadnego przybytku serwującego jedzenie, więc zapychali się bananami, ciastkami, pomidorami z cebulą – słowem, wszystkim, co wpadło im w ręce. Jazda trwała cały dzień. Po drodze poznawali mnóstwo ludzi. Biali zatrzymywali się, kiedy widzieli europejską flagę powiewającą przy rowerze. Nieraz lokalni zapraszali ich do swoich wiosek na posiłek i bulgoczący trunek z procentami, koloru błota (sindi). W czasie przejazdu przez pustkowia, dzieci wybiegały nie wiadomo skąd i obrzucały podróżników kamieniami, popychały rowery i wyciągały przytroczone butelki. „Raz zdarzyło mi się, że starszy mężczyzna wyciągnął butelkę jadącemu przede mną koledze, mówiąc, że to w imię Chrystusa. Na co ja podjechałam, pokazałam swój krzyżyk zawieszony na szyi i powiedziałam, że w imię Chrystusa odbieram tę butelkę” – mówi z przejęciem Marta. Kamienie sypały się za nimi wielokrotnie w ciągu dnia, raz trafiły jednego z rowerzystów, raniąc go boleśnie. Kilka razy zostali okradzeni, ale wizyta na policji niewiele dała. Przed zmierzchem zaczynali szukać noclegu, w mieście – hotelu, a na prowincji – odpowiedniego miejsca na biwak. Potem kolacja, pichcona przez głównego kucharza wyjazdu, Czaplę. Spod jego rąk wychodziły takie rarytasy, jak naleśniki z bananami, zupy, mięsne i jajeczne dania, sałatki, a nawet kapusta z ziemniakami.

Afryka potrafi dać się we znaki

Marta przyznaje, że chwil zwątpienia było mnóstwo. Warunki rowerowe okazały się bardzo trudne. Etiopia leży na wyżynie, a odcinek, który przemierzali na rowerach, był górzysty. „Podjazdy dawały w kość wszystkim, a ciągnęły się niekiedy przez pół dnia. Do tego dochodziły problemy z zaopatrzeniem się w żywność. Nasze dieta była skromna i uboga” – opowiada Marta. Nie obeszło się również bez zatruć pokarmowych. W takich warunkach, podjazd niekończącą się przez pół dnia serpentyną po szutrze i z ostrym kątem nachylenia, nie trudno o utratę wiary i sił do kontynuowania wyprawy. Zapytana o najtrudniejszych moment podróży, Marta opowiada: „Wraz z kolegą wchodziliśmy do jednego z kościołów w wiosce, gdzieś w regionie Tigray, w północnej części Etiopii. Właśnie odbywało się nabożeństwo. Wchodzimy do środka – ja wejściem dla kobiet, Czapla wejściem dla mężczyzn. Puste ściany, zarobaczone dywany na podłodze, ludzie zerkali na nas niezbyt przyjemnie. W kościele nie było żadnych malowideł ani obrazów, tak licznie występujących w innych świątyniach w tym regionie. Kiedy wychodząc dochodziliśmy już do bramy, ktoś zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Próbowałam otworzyć – zamknięte na klucz. Postanowiliśmy przejść przez mur obok bramy. Podeszliśmy do rowerów, pilnowanych przez Jacka i zbieraliśmy się do odjazdu. Nagle do Czapli podbiegł mocno wzburzony Etiopczyk i szarpiąc za kierownicę roweru, zażądał opłaty za zwiedzanie kościoła. Odparliśmy, że żadnej informacji o tym nie było, a poza tym też jesteśmy chrześcijanami i mamy prawo pomodlić się do swojego Boga. Nasze argumenty nie przekonały jednak tego człowieka, który stawał się coraz bardziej agresywny”. Wokół kłócących się rósł tłum gapiów, którzy uparcie powtarzali, że podróżni muszą uiścić opłatę. Cena była dość wygórowana – 100 birrów za dwoje zwiedzających, czyli ok. 25 zł. Rowerzyści nie dawali jednak za wygraną, ostro negocjowali, a atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. W końcu doszło do szarpaniny, miejscowi już podnosili z ziemi kamienie – i to nie byle jakie kamyczki, tylko takie przynajmniej kilogramowe. Marta zaczęła wołać na pomoc resztę grupy, ale daremnie, gdyż znajdowała się trzy kilometry od nich i też miała kłopoty. „Robiło się niebezpiecznie. Gdyby zaczęli rzucać kamieniami, nie mielibyśmy szans. Jacek powtarzał jak mantrę: „Nie było informacji o konieczności zapłaty za zwiedzanie”. Zapadł zmrok. Administrator kościoła puścił w końcu rower kolegi i wdał się w rozmowę z Jackiem. W tym czasie zabraliśmy rowery poza zasięg wzroku miejscowych i zwialiśmy. Odjechaliśmy kilometr i zaczęliśmy szukać reszty” – kończy swą opowieść Marta.