Wolni ludzie Maghrebu

Imazighen („ludzie wolni” w języku tamazight) – tak siebie nazywają Berberowie, lud zamieszkujący północną Afrykę. Szczerze mówiąc, przed wyjazdem nie wiele o nich wiedziałam, zawsze bardziej interesował mnie świat arabski. Jednak los chciał, że na miesiąc znalazłam się w środku nowej i całkiem dla mnie obcej kultury.

Piąta rano. Słońce przebija się przez skały wąwozu. Z minaretu w kasbie rozbrzmiewa adhan.

Bój jest wielki!
Oświadczam, nie ma boga, lecz tylko Bóg!

Nawoływanie dobiega z trzech minaretów, słowa zlewają się.

Oświadczam, Muhammad jest wysłannikiem Boga!

Pierwszym muezinem w historii islamu był Etiopczyk Bilal idn Rabah, były niewolnik i jeden z pierwszych towarzyszy proroka Muhammada. Niezmiennie od tamtych czasów, we wszystkich muzułmańskich miastach i wioskach rozbrzmiewają, pięć razy na dzień, te same słowa.

Przybądźcie na modlitwę!
Przybądźcie po zbawienie!

Dzień zaczyna się powoli. Niedługo po wschodzi słońca pod moim oknem rodzeństwo Nomadów zaczyna rąbać drewno. Są bardzo młodzi. Robią to każdego ranka, żebym miała ciepłą wodę w pokoju. Zeszłam do jadalni, w której już od wczesnej pory unosił się zapach haszyszu. Dozorca domu gościnnego Ahmed podaje mi „berberyjskie whisky” (gotowaną herbatę z miętą i bardzo dużą ilością cukru). Nie należy odmówić. Ludzie w tym rejonie są bardzo życzliwi. Szczególnie sprzedawcy dywanów, którzy przez to liczą na większy zarobek. Czasami jednak wydaje się, że swoją życzliwość okazują również bezinteresownie. Wydaje się, ale jak jest naprawdę, nigdy nie wiadomo. Ludzie na całym świecie używają przeróżnych sposobów, aby się wzbogacić. Tutejsze dzieci na przykład plotą z trawy wielbłądy i zaczepiają każdego przyjezdnego, wciskając mu do ręki swoje dzieło i krzycząc „One dirham! One dirham!”. Już po kilku dniach można uzbierać prawdziwą kolekcję wielbłądów. W pierwszej chwili zdziwiło mnie to, że przez cały dzień te dzieci nic nie robią, po prostu siedzą na ulicy, kopią piłkę i plotą wielbłądy. Czy one nie chodzą do szkoły? Bardzo by to pasowało do powszechnie znanego obrazu Afryki – głodne dzieci, pozbawione edukacji. Ale nie. Jednak nie tutaj. Szkoła jest (bardzo mała, ale jest!), ale akurat są ferie.

Zbliża się święto Aïd al-Adha, czyli święto ofiarowania (potocznie używali też określenia „święto baranka”). Jest to najważniejsze święto muzułmańskie upamiętniające posłuszeństwo i ofiarę Ibrahima (Abrahama), który zgodnie z wolą bożą miał zabić swego syna. Jednak Bóg, widząc poddanie Ibrahima, kazał mu oszczędzić syna, a w zamian złożyć ofiarę z baranka. Aby upamiętnić to wydarzenie, muzułmańscy ojcowie robią dokładnie to samo. Do świąt zostało jeszcze kilka dni. Trzeba obserwować niebo, bo datę świąt wyznacza księżyc. Czekamy na pełnię. Święta w islamie są bardzo ruchome. Od roku 1425 do 1432 (kalendarza
muzułmańskiego) Aïd al-Adha przesunęło się już ze stycznia na październik.

Islam do Maroka przybył w VII wieku. Nawróciła się większość rdzennej ludności, czyli Berberów. Obecnie kraj ten jest bardzo podzielony etnicznie. Mimo że językiem urzędowym jest arabski, Berberowie nadal mówią w swoim języku tamazight i zachowują swoją tradycje. Ich muzyka i styl ubierania bardzo różni się od stylu arabskiego. W Atlasie Wysokim oprócz rdzennej ludności spotkamy też wielu Nomadów. Można ich trochę porównać do naszych Cyganów. Nie mają swojego stałego miejsca zamieszkania i nocują w namiotach. Około 15 km od Wąwozu Todry jest małe miasteczko Tamtattouchte, założone właśnie przez Nomadów. Jeśli chodzi o wygląd, to od razu można ich odróżnić od Berberów. Mają całkowicie inną urodę. Szczególnie charakterystyczne są ich wyraziste kości policzkowe. W Wąwozie spotykam ich bardzo wielu. Chodzą ciągle w tę i we w tę ze swoimi obładowanymi osłami. Nie wiem, dlaczego.

Okolica

Ostatnio spacerowałam po ogrodzie oliwnym z Samadem. Jest jednym z pracowników domu gościnnego. Nie wiem, czym dokładnie się zajmował – nie potrafiłam do końca rozgryźć ich hotelowej hierarchii. W każdym razie zawsze wszyscy mieli czas, aby coś mi w okolicy pokazać. Tego dnia padło na Samada. Zaprowadził mnie do starej kasby, w której nikt już nie mieszkał (oprócz kilku Nomadów, którym chwilowo znudziło się nocowanie w namiocie). Domy tam zbudowane są ze słomy i ziemi. Już ledwo co się trzymają. Weszliśmy do jednego z nich. Poprowadził mnie na drugie piętro. Po drodze kazał ściągnąć buty. Zawsze wszędzie każą ściągać buty. W pomieszczeniu, do którego weszliśmy, siedziała starsza kobieta, która była w trakcie robienia dywanu. Przerwała pracę i podała nam herbatę. Usiedliśmy wspólnie na ziemi. Dywany były pięknie zdobione. W berberyjskie wzory, a raczej symbole. Najważniejszym symbolem jest litera Z alfabetu tamazight. Są to półokręgi odwrócone do siebie i połączone prostą linią. Symbol ten oznacza wolność i można go ujrzeć naprawdę wszędzie.

Po zakończonej „lekcji” robienia dywanów wyszliśmy na zewnątrz. Usiedliśmy nad rzeką. Obok nas stał chłopiec, który łowił ryby na zwykły kijek. Nawet udało mu się coś schwytać. Po chwili zauważyłam kobietę, która prała ubrania w rzece. Tak naprawdę, pierwszy raz widziałam, jak ktoś pierze w rzece. Chciałam jej zrobić zdjęcie, kiedy nagle z głębi kasby wyłoniła się grupa Nomadów, która zaczęła biec w kierunku rzeki. Były to młode kobiety i dzieci. Wszystkie wbiegły radośnie do wody, zostawiając stertę brudnych ubrań na brzegu. Podeszły się przywitać. Były bardzo ładne, ale nie tak zadbane, jak kobiety berberyjskie.

Higiena jest tutaj bardzo przestrzegana. Ten, kto przestrzega zasad islamu, obmyć się musi przed każdą modlitwą, czyli pięć razy na dzień. Oprócz tego, co najmniej raz na tydzień zarówno kobiety, jaki i mężczyźni wybierają się do hammamu, czyli łaźni. W Tinergirze, najbliższym mieście, hammam składa się z trzech pomieszczenia wyłożonych kafelkami. Jest tam parno i gorąco. Wszystkie kobiety siedzą na ziemi i dokonują przeróżnych zabiegów. Każdej kobiecie przysługują dwa wiadra: na ciepłą i na zimną wodę. Wszyscy są nadzy i nikt się nie krępuje. Jedna myje drugą. W kącie siedzą dziewczyny, które golą się w miejscach intymnych (to również jest bardzo przestrzegane, niezależnie od wieku kobiety). Można powiedzieć, że jest to jedno z głównych miejsc spotkań. Spędza się tam bardzo dużo czasu. A jak wygląda męski hamman? …hmm, tego już niestety opisać nie mogę.

Jedynym transportem pomiędzy miastem a Todrą są taksówki. Czasami kierowcy potrafią w połowie drogi wysadzić klientów-mieszkańców, aby zabrać klientów-turystów. Do pięcioosobowej taksówki wchodzi około 8–9 osób. Na placu w Tinerghirze trwa prawdziwa walka o transport. W momencie kiedy taksówka pojawia się na horyzoncie, wszyscy biegną w jej kierunku, a potem rzucają się na nią, wyrywając sobie drzwi, wciskając się do środka. Najbardziej waleczne są kobiety po zakupach. W momencie, kiedy mają ze sobą nowo zakupiony stół bądź pościel, jest łatwiej – kiedy podjeżdżała taksówka, zarzucają na nią wszystkie krzesła, stołki czy co tam jeszcze mają ze sobą i już transport zaklepany! Tutejsi muszą być jednak ostrożni, w tym zamieszaniu nie wiadomo, z kim się wsiada do tej taksówki i potem w połowie drogi okazuje się, że chłopak, który siedzi obok, jest synem kobiety, która siedzi z przodu. Przez całą drogę matka wydziera się z powodu późnej godziny powrotu syna do domu. Przez około 20 minut młody chłopak i wszyscy współtowarzysze muszą tego wysłuchać.

Aïd al-Adha

Nadszedł pierwszy dzień świąt. Zarżnąć baranka należy do godziny dwunastej w południe. Ciężko na to patrzeć, ale ciężko też tego nie robić, jeśli dzieje się to wszędzie dokoła, w każdym domu. Dzieci pomagają swoim ojcom przy zabijaniu i obieraniu baranka ze skóry. Potem przez cały dzień dzieli się mięso oraz przygotowuje wieczorny posiłek. W czasie świąt wszyscy zjeżdżają się do domu. Nie można tych świąt nie spędzić z rodziną. Z tego powodu, że jest to specjalny dzień, dom gościnny został zamknięty, a wszystkich jego mieszkańców Abdel dozorca zaprosił do siebie do domu. Usiedliśmy przy małym okrągłym stoliczku. Jak zwykle na powitanie, dostaliśmy szklaneczkę herbaty. Żona Abdela przyniosła świąteczny tażin i odeszła. Poczułam się dziwnie, że kobieta, która przygotowała dla nas posiłek, nie będzie go spożywała razem z nami.

Następnego dnia, kiedy spacerowałam po wiosce, napotkałam starszego pana. Był bardzo elegancki. Miał na imię Ahmed. Uśmiechnął się, a ja życzyłam mu wesołych świąt. Zaczęliśmy rozmawiać o tutejszej kulturze i religii. Zapytałam też o edukację w tym rejonie. Zauważyłam bowiem, że wiele kobiet jest tutaj analfabetkami. Okazało się, że na co dzień pan Ahmed pracuje w ministerstwie edukacji i rekreacji. Nagle przybiegła do niego mała dziewczynka. Mocno ją uścisnął i przedstawił jako swoją córkę. Powiedział, że ma bardzo liczną rodzinę. Liczną rodzinę? Czy to znaczy cztery żony i gromadkę dzieci? Poznałam wiele kobiet w tej okolicy, każda wydaje się zadowolona ze swojego życia. Czy żona Abdela też była wczoraj szczęśliwa, kiedy nie mogła spożyć z nami posiłku? Może mogła, ale nie chciała. Czy kobiety mają prawo do edukacji? Czy mają prawo do rozwoju? Zaczął się śmiać. Powiedział, żebym zaczekała. Nagle w drzwiach stanęła piękna kobieta w złotej abaji i hijabie w takim samym kolorze. Miała starannie wykonany makijaż i hennę na rękach. Prawdziwa dama. Była to żona Ahmeda, jedna i jedyna żona. Jako odpowiedź na moje pytanie o edukację kobiet, pokazał mi właśnie ją. Kobiety mają prawo do nauki i właśnie ona była żywym tego przykładem – miała tytuł magistra. Po chwili kolejna osoba wyszła z tego domu. Usłyszałam „To jest mój brat. Jest inżynierem”. Wszyscy wykształceni?! Poczułam się jak w innym świecie. Przez miesiąc widuje samych Nomadów z osłami, Tuaregów na wielbłądach i kobiety piorące w rzece.

Przyjezdny chce zobaczyć inność, więc tutejsi mu ją pokazują. Widzimy to, co chcemy widzieć, nie zastanawiając się nad prawdą. Oczywiście, ich życie jest inne od naszego, ale dopiero po pewnym czasie uczestniczenia w tej samej rzeczywistości potrafimy rozróżnić autentyczne wydarzenia od tych zaplanowanych. W momencie kiedy przestajemy nabierać się na handlowe gierki, z turystów zamieniamy się powoli w tutejszych. Do dziś mam bardzo dobry kontakt z ludźmi poznanymi w Maroku i żałuję, że spędziłam tam tylko miesiąc. Pomimo wszelkich różnic kulturowych, jakie nas dzielą, idąc za często przytaczanym przez Berberów argumentem o „zabieganej Europie”, chętnie zamieszkałabym tam na jakiś czas, aby napawać się ich spokojem i prawdziwą radością.